Jednopartówka 001. - z okazji przekroczenia liczby 200 wyświetleń

Głową w ławkę, czyli jak zostać bohaterem świata fantasy!

Przeciągnął się szybko zrzucając z siebie ciężką kołdrę. Spojrzał na rzekomo stojący pomiędzy szafką, a łóżkiem budzik. Dlaczego rzekomo? Ponieważ w czasie upartej walki nocnej ze snem, Damir roztrzaskał stojącą na szafce, ową rzecz.
  Widząc godzinę szybko zerwał się z łóżka i zbiegł na dół mieszkania.
-Mamo! - wrzasnął tak, aby wszyscy mieszkańcy kamienicy obudzili swoje zmysły - Czemu mnie nie obudziłaś?!
 W kuchni krzątała się jego matka - Sandra. Ciemno - włosa kobieta spojrzała zaskoczona na syna i podała mu kanapki.
-Myślałam, że masz na dziewiątą.
-Mam na ósmą, a raczej miałem! - zbierał wszystkie potrzebne rzeczy do plecaka - Jest już za pięć! Nie zdążę!
-Poproś ojca, on na pewno...
-Mnie w to nie mieszaj! - z salonu dobiegł ich głos zaspanego mężczyzny.
-Albercie! To twój syn!
-Mój, mój... taką mam nadzieję. - zaśmiał się - Ale aktualnie mam kurację!
Zaciekawiony Damir wychylił głowę zza drzwi salonu.
 Widok siedzącego na fotelu ojca, popijającego kawę, której zresztą połowa konsystencji znajdowała się na jego bluzie, nieco go rozśmieszył.
-Mam rozumieć, że ta kuracja ma na celu uwolnienie cię od codziennych udręk, hę?
-A jak!
-Alb..
-Dobra mamo, nic się nie stało!
-To dobrze. - kobieta odetchnęła z ulgą.
-Wszystko zwalę na ciebie i będzie dobrze! - uśmiechnął się złowieszczo.
-Jak ja cię...!
 Matka nie zdążyła do niego podbiec, gdy ten stąpał już po ulicach miasta. Na rozmowie stracił dwie minuty więc ma jeszcze trzy, żeby się nie spóźnić.   Przyspieszył tempa i ruszył w stronę szkoły.
  Dzwonek obwieścił początek lekcji; wszyscy uczniowie 3 klasy Gimnazjalnej zebrali się w rozległej sali matematycznej. Brakowało jednego - szesnastoletniego Damira Okosa.
 Nagle po pomieszczeniu rozległ się donośny huk, który obwieścił jego przyjście. Próbował przedostać się niezauważalnie pod ławkami na swoje miejsce.
-Panie Okosa... - na czworaka zdołał zauważyć tylko buty swojego wychowawcy - Jak mniemam robi pan sobie rozgrzewkę przed lekcjami wychowania fizycznego...
Chłopak przełknął głośno ślinę i wstał na nogi. W sali dało się słyszeć ciche śmiechy i komentarze dotyczące obecnej sytuacji.
-Pięć minut!
Chłopak spojrzał na nauczyciela pytającym wzrokiem.
-Pięć minut się spóźniłeś. A pięć razy dwa to ile, Panie Okosa?
-Dziesięć profesorze... - już wiedział co się szykuje.
-A więc posprząta Pan dzisiaj salę numer 10, oszczędzając trudu Pani sprzątaczce.
Odburknął coś w odpowiedzi i usiadł zrezygnowany w swojej ławce.
 Gdy nauczyciel wrócił do swojego wykładu na temat geometrii, Damir automatycznie zaczął wpatrywać się w krajobraz za oknem.
Wiosna na piękna pora oku; jest kolorowo zupełnie jakby tęcza z nieba, przemieściła się na ziemskie łąki.
 Jego uwagę przykuła postać błąkająca się po dziedzińcu szkoły. Była to zgrabna dziewczyna o długich kasztanowych włosach i zielonych oczach wpatrzonych w... Damira? Gdy zobaczyła iż chłopak zwrócił na nią uwagę automatycznie stanęła i uśmiechnęła się lekko. Podniosła rękę, pomachała i zniknęła - po prostu zniknęła. Chłopak otworzył szeroko oczy i potrząsnął głową.
-Co jest? - mruknął sam do siebie.
Rozejrzał się po klasie; chłopak siedzący przed nim również patrzył na dziedziniec szkolny. Przyglądał mu się przez chwilę, ale wyglądało na to, że on nic nie zauważył. Damir westchnął głęboko, spojrzał jeszcze raz przez okno - nic.
-Ja już wariuję... - schylił lekko głowę i walnął nią o brzeg ławki.
Nagle wszelkie odgłosy ucichły, a jakże ciekawy wykład nauczyciela urwał się w połowie zdania. Zdezorientowany podniósł głowę. Zamiast 'gadającego' wychowawcy ujrzał ogromne drzewo, chylące się ku małej rzeczce. Naokoło niego rozprzestrzeniały się łąki, a w dali majaczyły zarysy jakiejś budowli.
-Znowu zasnąłem?
-Nie Damirze. - usłyszał melodyjny, kobiecy głos.
Odwrócił się do tyłu; za nim stała ta sama dziewczyna, która znikła ze szkolnego dziedzińca.
-Znajdujesz się w Lotarii, krainie piękna i mocy.
-Kim jesteś i skąd znasz moje imię? - typowe pytanie zrozpaczonego romantyka z filmu kryminalnego.
-Nazywam sie Euphemia i jestem miejscowym Elfem.
-Elf?
-Tak, w naszym świecie żyje wiele mistycznych dla ludzi istot.
-W WASZYM świecie, ISTOT? Gdzie ja jestem! - wrzasnął zdenerwowany.
-Nie krzycz. - dziewczyna była opanowana, a na jej twarzy gościł spokój - Zabiorę Cię do Najwyższych, oni ci wszystko wytłumaczą.
 Wiele nie rozumiejąc, Damir ruszył za nieznaną mu dziewczyną w kierunku oddalonej budowli. Chciał wiedzieć co się z nim stało, a co najważniejsze: po co go tutaj sprowadzili.

~*~

Szedł za dziewczyną krok w krok, zerkając na ogromne, ścienne obrazy oraz wyszukane ozdoby zamkowe. Tak, to był zamek, a przynajmniej tak wyglądał; wysokie wieże, ogromny dziedziniec z mnóstwem kwiatów, elegancko ubrane kobiety oraz masowe grupy straży królewskiej.
 Drzwi, przed którymi teraz stali wyglądały jak wrota do innego świata; złoty obwód,w którym umieszczono kolorowe kamienie dodawały uroku całości.
Euphemia dotknęła opuszkami palców drzwi, a te otworzyły się czym prędzej ukazując Damirowi kolejne ogromne pomieszczenie z grupką elegancko ubranych ludzi.
-Najwyżsi. - dziewczyna ukłoniła się lekko, pokazując Damirowi aby poszedł w jej ślady.
-Witaj Euphemio. - wysoki mężczyzna w bordowym, długim płaszczu, rozłożył ręce w geście powitania - Ty zapewne jesteś Damir? Nazywam się Mab.
-Pan Mab to Państwowy Doradca oraz jeden z Najwyższych. - wytłumaczyła mu dziewczyna.
-Kim są Najwyżsi?
-Najwyżsi... - tym razem za tłumaczenie wziął się Mab - ... to grupa złożona z wybitnych mężczyzn oraz kobiet, którzy jako jedyni mają prawowitość do podważania słów Władcy oraz obowiązek prowadzenia do boju oraz szkolenia jednej z 10 Dywizji Królewskich.
-Mam rozumieć, że jest Was dziesięciu? - przytaknął mu - Mogę wiedzieć po co ja tutaj jestem?
-Tak więc... zapewne o tym nie wiesz, ale ten świat, ta kraina jest twoim...
-Prawowitym domem. - dokończyła dziewczyna.
-Co? O czym wy...?
-Eh... chyba muszę opowiedzieć ci całą historię... - westchnął - No to zaczynamy:
  Szesnaście lat temu, miesiąc przed urodzeniem pewnego chłopca rozpętała się wojna domowa w pobliskim mieście - Cereklia. Ojciec nienarodzonego jeszcze syna - Gencon - postanowił zebrać grupkę odważnych i silnych mężczyzn z Królestwa do powstrzymania nienawiści rosnącej pomiędzy mieszkańcami Cerekli. Matka - Travora - została sama ze swoim synem w łonie. Po niespełna dwóch nocach do strudzonej kobiety trafił list z informacją o śmierci Gencon'a. Travora próbowała trzy krotnie odebrać sobie życie - za każdym razem na szczęście ją ratowano. Za czwartym razem, dla bezpieczeństwa dziecka przeprowadzono ją do pokoi medyków, gdzie była pod ich stałą opieką.
 Po kilku dniach posłaniec przybył do niej z wiadomością iż Gencon został obdarowany przydomkiem - Miłosiernego Gekona - z powodu dobroci oraz narażenia własnego życia dla obcej wioski. Travora odzyskała wiarę w życie i czekała z uśmiechem na twarzy na narodziny syna. W czasie jej oczekiwania spór pomiędzy mieszkańcami wioski Cerekli przybrał na sile, co miało wielki wpływ na ludzi z Królestwa - osadnicy zaczęli powoli przechodzić na dane strony sporu tworząc dwie frakcje, jedna z nich pragnęła pieniędzy, a druga pokoju.
Po czasie frakcie zostały nazwane: Lotaranie i Ariianowie - co w języku starożytnych Elfów oznaczało: Lotara - chciwość, Arii - pokorność. Królestwo stało się miejscem pogardy i strachu dla przybyłych i mieszkańców. Okazało się, że w jednej z frakcji znajduje się grupa ludzi, których umiejętności wkraczały na teren czarów. Przedostali się oni na tereny dziedzinca i wkroczyli do posiadłości medyków. Zabijali wszystkich bez opamiętania. W końcu dotarli do pokoju, w którym znajdowała się Travora. Przestraszona kobieta ukryła się w kącie pomieszczenia. Nie była osobą, która znałaby czary, dlatego nie miała zamiary z nimi zadzierać. Niestety mężczyźni ujrzeli koniec materiału, należący do ubrania kobiety. Wyciągnęli ją z pokoju i z brutalną siłą uderzyli w nią Czarami.
 Travora błagała ich o łaskę, tłumacząc, iż jest brzemienna, lecz mężczyźni nic sobie z tego nie robili. Obydwoje wymówili niezrozumiałe słowa, zapewne mające na celu wzmocnić ich Czar. Do kobiety zaczęła zbliżać się fioletowa bariera, emanująca jasnym światłem. Podniosła się na trzęsących nogach, odwróciła tyłem do mężczyzn i pobiegła środkiem korytarza w ślepy zaułek. Z nadzieją w oczach patrzyła na wnękę okienną. Z ogromną prędkością wyskoczyła przez okno, rozbijając szkło na drobne kawałeczki. Upadła na ziemię... umarła na miejscu. Jej celem było uratowanie dziecka.
 Nadzieja na to, że tylko ona umrze przy upadku nie zmalała nawet przez chwilę.
W oknie pojawili się mężczyźni. Jeden z nich wyciągnął rękę w dół, wskazując palcem na zmarłą kobietę. Nie był przekonany, czy aby na pewno już straciła życie. Fioletowa bariera popędziła we wskazanym kierunku i zatrzymała się przy kobiecie, dopiery wtedy, gdy mężczyzna wyczuł tak zwaną 'pośmiertną energię'. Nie zdawał sobie jednak sprawy, iż bariera dotknęła jej brzucha.. Nieświadomy niczego napastnik, nie poczuł ubytku mocy, którą pobierał nienarodzony chłopiec.
  Po całej tragedii, medycy zdołali uratować dziecko. Całe to zdarzenie jak i śmierć kobiety zobaczyła pewna młoda kobieta, która za pośrednictwem swoich Czarów zdołała wywnioskować iż chłopiec nieświadomie pobrał moc od innego człowieka. Ogłosiła iż może on kiedyś uratować nasz świat, ponieważ dzięki swoim umiejętnością będzie potężniejszy niż ktokolwiek inny. Stwierdziła, że niebezpieczeństwem będzie trzymanie go w naszym świecie w razie ataku wroga, który zapewne będzie chciał nabyć jego moc. Wysłaliśmy więc rocznego chłopczyka do ludzkiej rodziny, Królestwo nazwaliśmy Lotaria - nazwa pochodziła od dwóch walczących frakcji. - Mab wciągnął ogromną ilość powietrza do płuc.
-J-jak nazywał się ten chłopiec?
-Damir Osoka... to ty.
-Ja...- przełknął głośno ślinę - Jeśli to ja, to znaczy, że... że mam w sobie moc magiczną.
-Tak Damirze. Możesz posługiwać się Czarami.
-Ta dziewczyna mówiła coś o ratowaniu świata, Wa... naszego świata
-W razie potrzeby byłeś naszą 'ostatnią kartą' - oznajmił.
-Mam rozumieć, że w tej chwili coś lub ktoś zagraża Lotarii?
-W naszych czasach za rogiem kryje się wiele niebezpieczeństw, ale to, o czym chcemy cię teraz poinformować jest sytuacją alarmową. - wypowiedziała Euphemia na jednym oddechu.
-Graniczące z nami królestwo wypowiedziało nam wojnę.
-Jakie to jest królestwo?
-Madetania jest silna. - dziewczyna westchnęła - Pomożesz nam, prawda?
Euphemia chwyciła go za ramię i potrząsnęła nim. Popatrzył na nią zakłopotany i spojrzał na jej dłoń; głębokie ślady ciencia pozostawiały po sobie wiele do myślenia.
Ta dziewczyna musiała wiele przejść. Zaciekle broniąc swojej ojczyzny można poddać się katuszą. Odwrócił głowę w kierunku Mab'a i pokiwał głową. Mężczyzna uśmiechnął się promiennie i poklepał chłopaka po ramieniu. Damir westchnął głęboko i udał się z Euphemią do wyjścia. Wiedział, że musi trenować, aby osiągnąć pełną wodzę nad swoimi Czarami. Lecz wciąż, cząstka jego ciała nie mogła uwierzyć w rzeczywistość tego świata.

~*~

Skupiając się na obiekcie ćwiczebnym wymówił formułkę czaru:
-Światło słońca, Pana Nocy - w moje szyki z błyskiem wkroczy!
Przed chłopakiem pojawiła się kula światła, która po chwili wystrzeliła w stronę 'wroga' i uderzyła z ogromną mocą. Głowa manekina upadła na glebę tym samym kończąc trening jednego z czarów Damira. Zmęczony opadł na ziemię, lecz po chwili poczuł na ramieniu rękę swojego Mentora, który wskazał na kolejnego manekina.
-Woda... - mruknął.
No tak... z czarami wody radził sobie nieźle jednak nie była to jego mocna strona.
Stanął na przeciwko manekina i wyciągnął rękę do przodu.
-Woda jest mą towarzyszką, koniec wroga jest już blisko!
Fala wody zalała pole treningowe 'zabijając' wszelkie nieproszone 'istoty' na jego terenie.
-Dobrze, to może teraz...

Trening trwał przez trzy miesiące, a bitwa zbliżała się wielkimi krokami. Nie wiadomo było kiedy dokładnie wybije godzina starcia, dlatego jednostki uzbrojone zawsze były w gotowości. Damir zdążył poznać wiele miłych ludzi i Elfów, widział nawet małego smoka, który wielkością mógł równać się z myszą polną. Nie każdy był ogromy i groźny. Jednego z nich posiadała jego nowa przyjaciółka... Euphemia.

~*~


Kroczyli dumnie na przodzie oddziału ofensywnego. Spokój na ich twarzach był tylko maską, która miała zakryć prawdziwy niepokój.
-Są blisko... - szeptał jeden z wojowników - Napotkamy ich na polanie.
-Nie sądziłem, że Madetańczycy postanowią tak szybko natrzeć na nasze oddziały.
-Właśnie o to im chodziło. - mruknęła Euphemia - Niepewność u wroga wiąże się z nadmierną ostrożnością, a to z kolei pomaga im wygrać tę wojnę.
-Użyjemy Czarów ziemnych, aby stworzyć mały murek. Pomoże nam dogodnie usadowić naszych ludzi.
Wszyscy użytkownicy Czarów ustawili się w jednej linii z przodu oddziału.
Po chwili po terenie rozniosły się pierwsze słowa formułki:
-Żyjąc w harmonii, z ziemią ojczystą oddajmy jej chwałę i wiarę wieczystą!
Na pobliskiej polanie pojawiły się uwypuklenia ziemne, które po chwili uformowały się w niewielki murek, pozwalający się ukryć jak i atakować.
-Wszyscy za wyrwę! - krzyczała Euphemia - Atakować na rozkaz Kapitana!
Kapitanem oddziału został Ballad - jeden z Najwyższych.
Wszyscy ucichli starając się wykryć jakikolwiek dziwny dźwięk.
-Damirze... idź z Euphemią na zwia... - nie dokończył, gdyż po polanie rozległ się donośny huk.
Po chwili Damir poczuł na sobie wodę, która zmyła małą część murku.
-Atakować! - krzyknął Kapitan, zaczynając wykonywać swój rozkaz.
-Euphemio... - chłopak spojrzał na jej twarz - Atakujmy...
-Yhm...
-Ogniem srogim, grożnym światu  - chwałe oddam memu bratu! *
-Wiatrem zimnym, góry tnąc - przeciwnika losy ciąć!
Ogien wytworzony przez Damira rozprzestrzenił się po polanie, dzięki wietrze Euphemi, która ze skupieniem na twarzy wymawiała już kolejne słowa:
-Białą taflą z nad jeziora, rzeką spowitą mgłą jęzora - zniszczę złego tu potwora!
Mgła wytworzyła się w jej ręce i popędziła na pole bitwy, okalając wszystko do okoła. Widoczność zmiejszyła się dimaetralnie co przeszkadzało nie tylko wrogowi.
 Wszyscy stanęli na rozkaz Kapitana i wsłuchiwali się w szmery natury.
Szelest krzaków zwrócił uwagę całego oddziału. W kierunku zielonej roślinności popędziła kula światła, która znikła rozpoznając ów osobinka.
  Był to niski mężczyzna - Królewski Goniec.
-Kapitanie Balladzie! - krzyknął - Siły wroga wdarły się do Królestwa, zabijają wszytskich ludzi napotkanych na drodze!
-Nie możemy teraz zawrócić. Królestwo musi...
-Ja tam pójdę. - do wymiany zdań wtrącił się Damir - Podobno mam Was wybawić od klęski, więc pozwólcie mi wypełnić swoje przeznaczenie.
-To nie jest dobry pomysł. - stwierdził Ballad.
-Nie prosiłem Kapitana o zdanie...

~*~

Biegł ile sił w nogach, a aby jak najszybciej znaleźć się na placu zamkowym, gdzie toczyła się walka pomiędzy Lotarianami a Madetańczykami. Gdy dobiegł do bram Królestwa zwolnił kroku i ostrożnie wyjrzał zza muru. Nagle usłyszał za sobą przyspieszony kroki Gońca. Mężczyzna wpadł na Damira, wytrącając go tym samym z 'bezpiecznej strefy'.
-Czy wiesz co zrobiłeś?!
-Ehm... wypchnąłem cię zza bramy?
Damir bezradnie rozłożył ręce i spojrzał na Najwyższych.
Od razu rozpoznał w 'tłumie' Mab'a, który uśmiechał się do niego niepewnie.
-To jest wasza obrona? - zapytał z kpiną przeciwnik - Nic nie znaczący dzieciak? Pokonamy go w jedną chwilę.
-Nie byłbym tego taki pewny! - wrzasnął Damir - Światło słońca, Pana Nocy - w moje szyki z błyskiem kroczy!
Strop światła zranił trzech członków wrogiej grupy. Rozgorzała bitwa, w której uczestniczyli najsilniejsi wojownicy Królestwa; czarodzieje, elfy oraz rasa ludzka.
-Musimy zaatakować ich naszymi najpotężniejszymi atakami! - wrzasnął jeden z Najwyższych.
-W jednej chwili... - dodał Mab.
Wszyscy skupili się na swojej mocy i uwolnili ją w słowach formuły czaru:
-Ogniem srogim, groźnym światu - chwałę oddam memu bratu! *
-Pola, wiatry, groźne burze - moją mocą Królu służę!
-Biel, niebiosa, granic granica - pędzi na wroga niebiańska lwica!
-Orzeł okiem swym poskromi, blaskiem skrzydeł oszołomi!
-Z gardła wybądź głośnie brzmienie, twoją siłę smoku cenię!
-Białą taflą z nad jeziora, rzeką spowitą mgłą jęzora!
-Żyjąc w harmonii, z ziemią ojczystą oddajmy jej chwałę i wiarę wieczystą!
-Woda jest mą towarzyszką, koniec wroga jest już blisko!
-Sztormy, huki, groźne błyski - chcę wyciągnąć siły zyski!
-Moc ukryta w moim ciele - z nią na oddziału stoję czele!
-Wiatrem zimnym, góry tnąc - przeciwnika losy ciąć!
Wszystkie ataki popędziły w kierunku wroga, zatapiając się w ich ciałach. Uderzenie spowodowało podniesienie się pyłu, który skutecznie skracał widoczność.
-Żyją? - spytał Damir lecz nikt mu nie odpowiedział.
Nagle pył opadł pod wpływem czyiś Czarów; wysoki mężczyzna, zapewne lider grupy - nie miał na sobie ani jednej rany.
-Musi być potężny... - mruknął przestraszony Mab.
Nagle postać zniknęła im z oczu; zdążyli usłyszeć jedynie końcówkę formuły Czaru, który powalił ich na ziemię. Damir automatycznie wstał i z gołymi pięściami rzucił się na przeciwnika. Ten zwinnie i z uśmiechem na ustach omijał jego ciosy.
W pewnej chwili Damir przystanął i również się uśmiechnął.
Podobno ten Czar może mnie zabić, ale jeśli nie spróbuję to całe Królestwo może zostać pozbawione życia...
Chwycił się za prawy nadgarstek i wydobywając całą swoją moc z wnętrza ciała wypowiedział tekst rozpoczynający atak:
-Za swój kraj, swą ojczyznę - posiądę nawet największą bliznę! Trzymając się wiary, mając dobre zamiary - zawsze będę zdany na moc jej chwały! Dla swego ludu - pragnę żyć, dla swego ludu - pragnę być!  - wziął głęboki oddech - Persone di Fede! <z włoskiego; Wiara Ludu>
Czar z ogromną siłą uderzył w roztrzęsionego mężczyznę, który za jego sprawą po prostu się rozpłynął.
-Nie żyje.. - szepnął zadowolony Damir - Nie żyje!
Wszyscy zaczęli się cieszyć, a reszta ludu wraz z oddziałem Kapitana Ballad'a, zebrała się wokół niech.
-Damirze! - z tłumu wyłoniła się Euphemia - Bałam się o ciebie!
Wbiegła mu prosto w ramiona i pocałowała mocno w usta. Zaskoczony Damir oddał niepwnie pocałunek i przytulił się do niej mocniej.
-Napisałeś całą lekcję? - zapytała.
-Że jak...?
-Panie Osoka! - usłyszał nad sobą dobrze znany głos nauczyciela - Ma Pan wszystkie notatki z lekcji?
Chłopak podniósł głowę i rozejrzał się po pomieszczeniu; była to jego klasa, z której wychodzili jego wszyscy koledzy.
-Co się stało?
-Jak to co? Przespałeś całą lekcję, krzycząc 'A masz!'. - westchnął - Masz umyć dodatkowo podłogę na korytarzu!
To był sen?!
Nauczyciel wyszedł z sali pozostawiając klucz w drzwiach.
-Pięknie...


***

Jednopartówka < bardzo krótka :p> z okazji przekroczenia 200 wyświetleń. Przepraszam za wszelkie błędy! :-)
 

Droga do ukojenia © 2008 . Design By: SkinCorner