wtorek, 24 lipca 2012

003.


Stukot kopyt odbijał się echem po jaskini, którą właśnie penetrowali.
-Generale?
-Tak, Valey'u? - Marko nie odrywał wzroku od mokrych ścian.
-Mieliśmy być oddziałem cichym i zwinnym, prawda? - poczekał na reakcję swojego mentora - Dlaczego więc jedziemy konno? Zwierzęta bardzo hałasują, co moim zdaniem nie przyczynia się do bycia cichym.
Generał prychnął cicho i podniósł dumnie głowę, dając tym do zrozumienia, iż nikt nie powinien podważać jego rozkazów ani postanowień. Porucznik zwolnił tempa i zamyślony przeszedł na tyły oddziału, gdzie znajdowała się Cynthia.
-Coś pana trapi? - spytała patrząc na jego wierzchowca.
-Generał jest czasami zbyt dumny, aby dowodzić swojej głupoty.
Dziewczyna zaśmiała się cicho i zwróciła wzrok przed siebie.
-To prawda, ale w końcu jest ważnym wojownikiem, który musi mieć jakieś pozytywy.
-Racja... - uśmiechnął się pod nosem - Z tego co wiem to znała go pani, gdy nie był jeszcze generałem?
-Tak. - przyznała - Był przyjacielem mojego ojca. Gdy moi rodzice zostali zamordowani to on dbał o moje zdrowie.
-MARKO?! - krzyknął nie zważając na spojrzenia innych.
-Generał, panie poruczniku, Generał. - skarciła go, gdy bez namysłu wypowiedział jego imię.
-Przepraszam.... - westchnął - Nie wiedziałem, że Generał bawił się w niańkę...
Zaśmiała się cicho razem z jadącym nieopodal Danielem, lecz zaraz przestała słysząc krzyki z przodu szeregu.
-Wycofać się!
-Jest ich za dużo, nie damy rady! - krzyczał ktoś z prawej strony.
Strop zaczął się walić przygniatając oniemiałych wojowników. Cynthia pociągnęła za lejce i bez namysłu ruszyła prosto w ogień...prosto w ramiona wroga.
-Pani Cynthio! - krzyczał Porucznik - Proszę tutaj zostać, niech pani... - nie zdążyła usłyszeć reszty, gdyż gruz zawalił przejście, tworząc ścianę pomiędzy dziewczyną, a Valey'em.
-Taka młoda, a tak odważna. - zobaczyła wyłaniającą się z kurzu postać.
Wszystko się zgadzało: Elficka postura, ciemny kolor skóry, granatowe tęczówki.
-Upadły... - szepnęła Cynthia i rzuciła w nieznajomego serią ognistych kul.
-To nic nie da, kochana. - zaśmiał się cicho - Mojej tarczy nie przebiją nawet pociski Arcymagów.
Dziewczyna otworzyła szeroko oczy, widząc jego prawie niewidoczną tarczę.
Nie wiedziała co robić; z tyłu gruz, z przodu wróg. Spojrzała ukradkiem na ciała swoich kompanów. Mogą jeszcze żyć, pomyślała. Wysunęła swoją dłoń do przodu tworząc niebieską, nieprzeźroczystą barierę pomiędzy nią, a Upadłym. Zaraz... przecież było ich więcej... Czym prędzej wytworzyła dziurę w 'suficie' jaskini. Podniosła wszystkie ciała magią i ostrożnie wydostała je na zewnątrz. Spojrzała za siebie wyobrażając sobie zaniepokojonego Porucznika Valey'a.
-Nie mogę go tak zostawić... - mruknęła sama do siebie.
-Racja! - usłyszała głuchy trzask, który doniósł dziewczynie o rozpadającej się barierze - Może dotrzymasz mu towarzystwa i skorzystasz z naszych morderczych usług?
Z jego dłoni wyłoniła się kleista maź, która popędziła w kierunku Cynthi. Ta zwinnie ominęła 'pocisk' i korzystając z wytworzonego przez magię pyłu, wydostała się na zewnątrz, gdzie leżały wszystkie ciała. Spojrzała na swoje oblicze; jej skóra była cała poraniona, a kość udowa wystawała lekko poza obszar skóry.
-Cholera. - mruknęłą do siebie - Muszę się stąd wynieść.

***

-Myślicie, że szli tędy? - zapytał jeden z mężczyzn.
-Widać tutaj ślady obuwia jednego człowieka...
-Ale ich było 10, razem z Generałem Marko 11!
-Nie przyszło ci do głowy, że mogli się rozdzielić pod wpływem siły przeciwnika? - zgromił spojrzeniem swojego kompana.
-Nie wydaje mi się, że...
-Magu! - ich rozmowę przerwał jeden z tropicieli - Znaleźliśmy ich!
-Prowadź! - mężczyzna popędził za swoim kompanem w kierunku polany rozległej polany.
 Po środku traw stała młoda dziewczyna, niosąca na magicznej barierze ciała swojego oddziału.W końcu opadła na kolana z bólem na twarzy.
-Proszę, zabierzcie ich stąd... - ostatnie słowa wypowiedziała z wielkim trudem.
-Co się znią stało? U-umarła? - zapytał drżącym głosem długowłosy mężczyzna.
-Nie. - odrzekł jeden ze stojących nad nią Uzdrowicieli - Zemdlała z wycieńczenia. Jej  moc jest na wyczerpaniu...magu?
-Tak? - mężczyzna nie odrywał wzroku od leżących ciał.
-Niektórzy mogą jeszcze żyć, zabieramy ich do pałacu?
-T-tak, oczywiście! - zerknął na młodą dziewczynę leżącą u stóp Uzdrowiciela - To musi być Cynthia...
-Mówił coś pan?
-Nie nic... weźcie ich do powozu, zaraz wyruszamy.
-Tak jest!

wtorek, 17 lipca 2012

002.

Szła rozległym korytarzem w kierunku swojego tymczasowego mieszkania. Była spokojna pomimo tego, iż rozmowa z Królem oraz Generałem jej dywizji nieco ją zdenerwowała. Nie lubiła, gdy ktoś dzielił świat na tych gorszych oraz tych lepszych; szczególnie, że ludzie przypodobali sobie domenę władców. Elfy znienawidziły człowieczą rasę właśnie z powodu pychy. To dlatego napadli na nas i rozpoczęli krwawą walkę...teraz przyszedł czas na 'wyładowanie nerwów' rasy Upadłych. Pomimo ich nazwy, dawniej byli szanującą się frakcją, mającą ciepłe serce i uśmiech na twarzy. Po tysiącach lat postanowili wybić naszą rasę i wtedy to oficjalnie zostali nazwani Upadłymi. Pamiętała to...pamiętała to chodź miała wtedy dopiero 3 lata...

Mała i bezbronna dziewczynka czekała na rodziców z utęsknieniem. Siedziała spokojnie w ulubionym fotelu ojca, oglądając krajobraz za oknem... pięć dni temu ogłoszono, iż na terytorium człowieka wtargnęły wysokie istoty, wyglądem przypominające Elfy. Po kilku tygodniach walka przeniosła się na południowy front ojczyzny, z dala od posiadłości rodziców dziewczynki. Do drzwi zapukał jeden z Generałów wojska, który pełen smutku ogłosił brutalną śmierć jej rodziców.
Spalili ich, powtarzała zrozpaczona. spalili mojego tatusia! moją mamusie! zabije ich, zabije! W jej sercu narodziła się chęć zemsty na mordercach...wstąpiła do wojska z zamiarem zabicia nieznajomych Elfów...Upadłych.

Potrząsnęła lekko głową... nie chciała znów przypominać sobie zapłakanej twarzy prababki i jej najbliższych.
Muszę się zemścić, powtarzała w duchu. Potrafię ich zabić...
Nie chciała być mordercą, ale wojownikiem, który chce uniknąć dalszych strat w ojczyźnie... na świecie.
-Panienko! - zorientowała się, że od kilku dobrych minut, Daniel próbuje nawiązać z nią kontakt wzrokowy.
-Przepraszam, zamyśliłam się. - popatrzyła nie niego i skinęła głową, dając przy tym znak, że może mówić.
-Generał Marko kazał przekazać, że oddział panienki ma stawić się jutro w południe na Placu Królewskim. - wypowiedział wszystko z jednym oddechem.
-Dziękuję za informację, Danielu. - kąciki ust Cynthii lekko podniosły się do góry - Będziesz towarzyszył mi w walce?
-Tak, panienko... moja moc jest w pełni zregenerowana.
Kiwnęła głową.
-Przed wyjściem na plac, skieruj się do medyków. Może się okazać, że wyruszymy w podróż już jutro.
-Oczywiście. - ukłonił się i 'zszedł jej z oczu'.
Otworzyła zamknięte na klucz drzwi do mieszkania. Oczom ukazało się jej niewielkie pomieszczenie w przeważających kolorach beżu oraz brązu. Z prawej strony znajdowała się kuchnia, a z lewej wejście do łazienki. Zdjęła swoje szaty, kładąc je na oparciu, pobliskiego fotela i skierowała się w stronę łazienki. Pochylona nad wanną, ujrzała przygotowaną wodę z płatkami róż. Rozpuściła swojego koka i naga zanurzyła się w przeźroczystej cieczy. Jej ciepło, jak i zapach rozluźniło jej mięśnie i pozwoliło zapomnieć na chwilę o wojnie i sprawach państwowych. Westchnęła cicho, gdy oparła głowę o kant kremowego mebla. Odpocznij Cynthio, mówił głos w jej głowie. Jutro znów musisz ryzykować swoim życiem, aby ocalić innych...

***

-Wojownicy! - Generał Marko zajął swe miejsce na środku Placu Królewskiego - Nasz oddział został wyznaczony na kolejną potyczkę z Upadłymi zwiadowcami! Jest was tylko 10, dlatego możemy szybko i zwinnie przedrzeć się przez tereny wroga i uzyskać jak najwięcej informacji o ich planach, co wiąże się oczywiście z...
-... posiadaniem niewolników... - syknął jeden z zebranych mężczyzn.
-Coś nie tak, żołnierzu? - zapytał z kpiną w głosie stojący niedaleko Porucznik Valey.
-Nie, proszę pana.
Cynhia wpatrywała się w twarz mężczyzny chcąc odgadnąć skąd u niego niechęć do niewolników. Nie mogła ukrywać, że i ona nie przepadała za więzieniem wszelkich istot w ciemnych lochach, ale aby uzyskać swój cel musiała się temu podporządkować. Potrząsnęła lekko głową i wsłuchała się w dalszą część przemowy swojego Generała.
-Wyruszamy w dzisiejsze popołudnie, więc wróćcie do swoich pokoi i zabierzcie ze sobą prowiant i broń... oczywiście jeśli wasza moc nie jest zregenerowana to polecam usługi medyków, kochani magowie.... - zwrócił wzrok ku połowie drużyny, do której należała Cynthia. Właśnie ta część oddziału, należała do magów; posiadali moce, które nie każdemu było dane posiadać. Cynthia została zbadana zaraz po narodzinach, kiedy to odkryto u niej moc... moc należącą do maga. Nie każda rasa mogła być w posiadaniu takich 'istot'. Orkowie byli właśnie jedną z nich; nadrabiali za to szybkością i siłą swoich mięśni.
-Jakieś pytania? - wzrok Generała 'przesunął' się po całym oddziale - To dobrze...spakujcie się i wróćcie tu w południe.





wtorek, 10 lipca 2012

001.

Stała na krawędzi urwiska, patrząc w szarą rzeczywistość zrujnowanego miasta - Rokhong. Jeszcze dwa dni temu ten smutny obrazek wyglądał jak zdjęcie kochającej się rodziny; bez bólu, kłamstwa i pychy. Niestety w chwili, gdy wojska Upadłych wtargnęły na teren miasta, całe rodziny - dzieci i matki - zostały ograbione i brutalnie zamordowane.
-Pani Cynthio? - usłyszała za sobą kroki lokaja - Czas wyruszać. Wojska Upadłych zbliżają się do zachodniej granicy.
-Oczywiście, Danielu. Przyprowadź konie. - powiedziała ze spokojem i ostatni raz spojrzała na smutny krajobraz.
-Żegnaj ojcze...

***

Pędzili galopem przez rozległą łąkę, aby jak najszybciej spotkać się z Głównodowodzącymi Siłami oraz Królem Serenem. Jej szaty powiewały lekko pod wpływem wiatru dając do zrozumienia, iż liczy się każda sekunda podróży.
-Pani... - Daniel zrównał tempa z wierzchowcem Cynthii.
-Tak Danielu? - westchnęła słysząc jego oficjalny ton.
Pomimo tego, iż miała dopiero 17 lat to jej umiejętności, jak i obecność w wojsku 'nakazywały' wszystkim zwracać się do nie Per 'pani'.
-Chce pani walczyć z Upadłymi?
-Nie mam wyboru, Danielu. Należę do sił zbrojnych jednej z dywizji. - zerknęła na swojego kompana - Nie mogę skapitulować w takiej sytuacji.
W oczach mężczyzny było widać smutek i niezdecydowanie.
-Nie martw się. - odwróciła głowę - Odnajdziemy twoją rodzinę, abyś znów mógł cieszyć się życiem.
-Dziękuję... - spojrzał przed siebie - Dojeżdżamy.
-Tak...

***

Rozglądał się po sali, szukając ludzi ze swojej dywizji.
-Generale Marko! - usłyszał swoje imię - Szuka pan kogoś?
-Witam Waszą Wysokość. - ukłonił się - W moim oddziale jest tylko 10 osób, ale i tak nie mogę ich wszystkich zebrać. - westchnął.
-Nie dziwię się. - upił łyk wina ze swojego kieliszka - Nie często zdarza im się mieć chwilę dla siebie. Kogo jeszcze brakuje? - spytał.
-Porucznika oraz...
-...Cynthii?
-Skąd Pan wie?
-Właśnie tutaj idzie. - wskazał palcem na zbliżającą się orzechowo włosom dziewczynę.
-Cynthia! - krzyknął Marko - Miało cię nie być tylko kilka godzin!
-Przepraszam Generale, Królu... - ukłoniła się - Straciłam poczucie czasu.
-Dobrze, że wróciłaś. - Król Seren spojrzał w jej oczy - Jaka jest sytuacja w Rokhong?
W jej tęczówkach pojawił się smutek, lecz zaraz powróciło codzienne opanowanie.
-Miasto jest całkowicie zrujnowane...niewielu przetrwało. - urwała na chwilę - Mieszkańcy zostali zamordowani.
-Upadli nie mają litości...
-Niech się Król nie dziwi. - prychnął Generał - To zwykłe monstra stworzone do zabijania.
-To nie prawda Generale. To jedna z grup, istot na tym świecie. - posłała mu karcące spojrzenie - Gdybyśmy nie weszli sobie w drogę, to nie byłoby wojen.
-Nie można tak myśleć wojowniku...  - mężczyzna ukłonił się i odwrócił - Wybacz Wasza Wysokość, ale muszę poszukać swojego porucznika.
-Oczywiście, Generale.



 

Droga do ukojenia © 2008 . Design By: SkinCorner