-Cynthia? Gdzie ja jestem?
-W obozowisku, niedaleko wroga. - uśmiechnęła się - Dobrze, że się Pan obudził.
-Tak...jak się tu znalazłem?
-Jak? - do rozmowy wtrącił się uśmiechnięty Sebastian - Pani Cynthia wszystkich uratowała.
-Wszystkich? Ale jak ty...?
-Byłam nieprzytomna z powodu braku mocy przez krótki czas, Generale. Lecz przed tym zdążyłam Was przeprowadzić poza niebezpieczne tereny.
-Jak dobrze mieć taką oddaną podwładną.... - roześmiał się, trzymając rękę na swoich żebrach.
-Nie chciałabym teraz Pana denerwować, ale sam zapewne już Pan GO widział. W jaskini był Upadły.
-Widziałem go, moja droga. - westchnął - Musimy jak najszybciej zebrać nową grupę, którą zaatakujemy wroga. Możesz przekazać to Valey'owi?
Cynthia spuściła głowę, aby nie spojrzeć w oczy Marko.
-Generale... on jak i mój podwładny Daniel...
-Zaginęli. - dokończył za nią Sebastian.
Marko otworzył szeroko oczy. Spojrzał najpierw na Sebastiana, a następnie na swoją podwładną. Widząc dziewczynę lekko wstrząśniętą postanowił się opanować.
-Niebiański Tygrysie! - wrzasnął - Dobrze to tak obijać się przy starym pryku i użalać nad stratami?!
Cynthia spojrzał na niego zaskoczona, ale opanowana na zewnątrz swojego ciała.
Uśmiechnęła się lekko rozumiejąc przekaz mężczyzny.
-Przepraszam Generale! Obiecuję, że nie znajdzie Pan mnie już przy bocznych zajęciach!
Wszyscy troje roześmiali się po cichu przykuwając uwagę reszty ludzi. Dziewczyna opanowanym i spokojnym krokiem ruszyła w kierunku swojego namiotu, aby zebrać listę zdrowych wojowników.
-Ktoś w końcu musi zastąpić, Porucznika. - mruknęła do siebie i przeszła przez materiałowe 'drzwi'.
Rozglądnęła się dookoła szukając jakiegokolwiek pióra i kartki. Podeszła do swojego materaca, gdzie leżały dwa czyste rulony oraz złote pióro. Ktoś o mnie pomyślał.
Wziąwszy potrzebne rzeczy owinęła sobie końce prześcieradła na szyi, tak aby zasłaniał jej ciało przed zimnem i nieproszonym wzrokiem. Przy pobliskim ognisku siedziała dość spora grupa mężczyzn. Podeszła do nich i chrząknęła.
-Czy ktoś z Was może nadal walczyć? - dość spora liczba osób podniosła ręce - Jesteście pewni?
Mężczyźni wymienili spojrzenia i przytaknęli po cichu.
-Dobrze... podajcie mi swoje imiona i, jeśli macie to nazwiska. - nie każdy miał swoje nazwisko.
Wiele osób rodziło się bez niego, dopiero później wprowadzając go do akt, albo w ogóle się nim nie przejmując.
-Z całym szacunkiem, Panienko, ale po co ci nasze imiona? - spytał jeden z nich.
-Jestem z oddziału Generała Marko, który ponownie planuje wedrzeć się na terytorium wroga. Musimy zebrać sporą ilość wojowników zdolnych do walki. Przeczuwam, że nasz oddział poniósł ogromne straty, dlatego też przyda się nam każda pomocna dłoń.
Spojrzał na nich znacząca unosząc dłoń i skłaniając się z szacunkiem.
-Będę wdzięczna za okazałą pomoc. - zaskoczeni mężczyźni cofnęli się o kilka kroków.
-Podnieś się. - rozkazał jej jeden z nich.
Ukradkiem spojrzała na emblemat wyszyty na jego szacie - szkarłatne koło przekreślone strzałą - Porucznik.
Po kolei zaczęli podawać swoje imiona uśmiechając się przy tym nie pewnie.
Gdy zebrała już wszystkie dane, odwróciła się z zamiarem odejścia. Poczuła dotyk ręki na przedramieniu, który automatycznie ją zatrzymał.
-Czekaj... - odwróciła się i ujrzała wzrok brązowych tęczówek z delikatnym odcieniem zieleni - Jak się nazywasz?
On to chyba Dorian, Dorian Ordell.
-Cynthia Tiger.
-Niebiański Tygrys, co? - uśmiechnął się - Nigdy nie myślałem, że spotkam Cię w takich okolicznościach. No i.... że będziesz się kłaniać mojemu poczciwemu Porucznikowi, Ziazanowi.
-Może i mam w sobie siłę, ale ona sama z siebie nie da mi wysokiego stanowiska w państwie. Jestem tylko człowiekiem, paniczu Ordell. - kąciku jej ust lekko zadrgały.
-Oczywiście, Pani Tiger.
~*~
-Dorian! - mężczyzna odwrócił się do swoich kompanów - Szukasz żony w oddziałach Marko? - wszyscy roześmiali się donośnie widząc lekko naburmuszoną minę Dorian'a.
-Nie. Nie mogę przecież zeswatać się z taką szykom.
-Szykom? Kim ona jest?
-Cynthia Tiger, Celestial Tiger - Niebiański Tygrys. - uśmiechnął się.
-Kłamiesz! - rzucił mu w twarz jeden z mężczyzn.
-Jaki miałbym powód? - rozłożył bezradnie ręce.
-Możesz się sczycić... - wtrącił się Porucznik - ...szczycić tym, że z nią rozmawiałeś.
-Nia miałem tego nawet na myśli, Ziazanie. - ukłonił się lekko.
-Nie narzucam Ci tego, po prostu nie mam już siły do twoich kompanów, bratanku. - roześmiał się,a w ślad za nim poszedł Dorian.
-Racja....
-Czasami mam Cię dość, Poruczniku. - jęknął ktoś z tyłu.
-Przykro mi. - uśmiechnął się łobuzersko.
~*~
Przepraszam za wszelkie błędy, ale pisałam ten rozdział o północy: tak wiem dziwne, ale ja piszę wtedy kiedy mam natchnienie xD Zachęcam do obserwowania mojego bloga :-)

0 komentarze:
Prześlij komentarz